Jest 11 lutego 2008 roku. Wylądowaliśmy! Po ponad 30-u godzinach nieprzerwanej podróży jesteśmy na miejscu. Stolica Peru, Lima godzina 20.00 lokalnego czasu. U nas w Polsce w tej chwili jest godzina 10.00. Czternastogodzinna różnica czasów daje się we znaki. Podczas odprawy paszportowej pojawiają się pewne komplikacje. Myślimy, że ktoś z nas popełnił błąd w deklaracjach celnych jakie musieliśmy złożyć. Okazało się, że powód przedłużonej odprawy jest jednak inny. Celnicy nie bardzo wiedzieli co to za kraj - Polska i w jaki sposób potraktować jego obywateli. Po kilku minutach sprawa się wyjaśnia i otrzymujemy wizy wjazdowe. Szóstka zmęczonych, ale szczęśliwych podróżników z niepewnością oczekuje na pojawienie się bagażu. Byłoby całkiem nie śmieszne gdyby się okazało, że my jesteśmy już w Peru, a nasz bagaż jeszcze w Madrycie skąd przylecieliśmy. Ale po chwili: jest! W komplecie!
Wychodzimy do sali przylotów gdzie odpieramy oblężenie agentów różnych agencji turystycznych. Wszyscy chcą nam pomóc i zaoferować swoje usługi. Ale my już jesteśmy umówieni. Po krótkiej chwili wyławiamy z tłumu młodego, dwudziestokilkuletniego Peruwiańczyka z dużą tablicą z napisem: AVANTE POLAND. To nasz opiekun. Wychodzimy z budynku lotniska i momentalnie uderza w nas wysoka wilgotność połączona z wysoką temperaturą. Jak dla nas to po prostu nie ma czym oddychać. Erick, bo tak ma na imię nasz opiekun, wynajmuje taksówki i wiezie nas do swojego hostelu.
Hostel, to odpowiednik naszego pensjonatu prowadzonego przez mieszkańców u siebie, w domu. Jest późno i ciemno więc niewiele widać. Po za tym jesteśmy zmęczeni podróżą. No może nie wszyscy. Edvard, jedyny Litwin w naszej ekipie, twardo upiera się przy tym żeby zwiedzić Limę nocą. Erick najpierw delikatnie, a kiedy to nie skutkuje wówczas stanowczo informuje Edvarda, że Lima dla turystów nocą oznacza tylko kłopoty! Duże kłopoty. Na potwierdzenie tego faktu dostrzegamy solidne stalowe drzwi z kilkoma wielkimi zamkami prowadzące do hostelu, które zamykają się za nami z łoskotem. Teraz jesteśmy bezpieczni. Zasiadamy więc do kolacji. Gospodarz częstuje nas lokalnym trunkiem. PISCO to wysokoprocentowy napój z winogron. Ze względu na ubiegłoroczne tsunami tegoroczne Pisco należy do rzadkości. Gatunek, którym nas poczęstowano został wyprodukowany jedynie w ilości 500 butelek! Osobiście w to nie wierzę, ale kto wie? Przy stole pojawia się pomysł popróbowania jakiegoś lokalnego, ale koniecznie egzotycznego jedzenia. Erick podaje nam nazwy dwóch najbardziej egzotycznych dań. CUY CHACATO i ANTICUCHOS, pierwsze to gotowana a następnie pieczona świnka morska, a drugie to specjalnie przygotowane krowie serca. Nasz wybór pada na świnkę morską, ale Erick mówi, że w Limie to nie możliwe. Świnki są najlepsze w Cusco, do którego lecimy już następnego dnia. Poczekamy!
W takim razie my częstujemy Ericka kiełbasą śląską. Też ze świnki! W między czasie do naszego stołu dosiada się David z Brisbane w Australii. Też przyleciał do Peru dzisiaj. Nieco rozweseleni po spożyciu Pisco, tłumaczymy Dave’owi co to jest miód pitny i śliwowica. Taki międzynarodowy temacik się rozwinął. Dave nie bardzo kojarzy co to jest Polska, ale, że najwyższa góra w Australii nazywa się Kosciuszko – to nie dajemy mu spokoju.
W końcu udajemy się na spoczynek. Temperatura w pokoju to jakieś 35 stopni Celsjusza. Nie da się spać. A po za tym różnica czasu! Wstajemy w kilku o czwartej, jemy śniadanko i odkrywamy, że … nasz hostel nie ma dachu! Stoją dwie kondygnacje, a trzecia się dopiero buduje. Rozglądamy się wokół i okazuje się, że wszystkie budynki wyglądają tak samo. Później Erick wyjaśnił nam, że dopóki dom nie ma dachu dopóty nie płaci się podatku. Wygląda na to że niemal wszyscy mieszkańcy Limy nie płacą podatku! Pytam Ericka ilu mieszkańców ma Lima? Odpowiada, że niedużo: 10 milionów. A Cusco, do którego dziś lecimy? E! Cusco to wieś – odpowiada Erick. Najwyżej jeden milion.
Ponieważ lecimy do Cusco dopiero popołudniu postanowiliśmy dotrzeć nad Pacyfik. Erick zamówił taksówki. Dwie. Przejazd nimi przez miasto stanowi niezatarte wspomnienie. Usilnie staramy się rozpoznać jakie zasady ruchu drogowego obowiązują w Peru, ale nie jest to łatwe. Ruch jest prawostronny, choć nie zawsze. Nie używa się kierunkowskazów, ale za to używa się stale klaksonów. Zresztą jedyny znak drogowy, który co jakiś czas można zauważyć przy ulicach w Limie to … zakaz używania sygnałów dźwiękowych! Prawie wszystkie auta są poobijane. Jeżeli spotkamy jakiś niepoobijany – tłumaczy nam Erick – to oznacza, że jest nowy i jeździ po Limie nie dłużej niż dwa, trzy dni.
Dojechaliśmy. Ocean jak ocean. Drugiego brzegu nie widać, więc trudno ocenić czy duży. Wracamy, bo zaraz odlot do Cusco. Żegnamy się z Erickiem jak starzy znajomi.Wrócimy tu jeszcze w drodze powrotnej.
Lot z Limy do Cusco trwa około godziny. Jak przystało na Państwowe Linie lotnicze LIM obsługa stara się maksymalnie umilić nam podróż i w telewizji puszczają lokalna wersję „Smiechu warte”, których jedynym motywem są wszelkiego rodzaju wypadki …. W końcu lądujemy i to z przygodami.
Bo na takiej wyprawie – wiadomo: ofiary muszą być. Jak nie w ludziach to w sprzęcie. Jeden z nas pękł! Red Bull. W plecaku Michała. Po króciutkim śledztwie wiemy dlaczego! Otóż przy wysiadaniu z samolotu naszą uwagę przykuł mecz. Taki specyficzny, podobny do futbolu a może nawet do rugby. Tyle tylko, że w roli zawodników wystąpili bagażowi, a w roli piłki bagaże pasażerów.
Przy lotnisku małe zakupy: kapelusz, peruwiański flet no i oczywiście liście koki. Koka dla mieszkańców Peru jest rośliną świętą. A dla nas to kolejna egzotyczna sprawa: nie powoduje żadnych halucynacji ale doskonale pomaga znieść chorobę wysokościową. Sprawdziliśmy to. Cusco leży na wysokości 3300 mnpm i to się czuje! Powietrze jest rzadkie i wymaga ciągłych głębokich wdechów. Żeby wybrać się w dalszą wyprawę w góry musimy co najmniej jedną dobę aklimatyzować się w Cusco. Pierwotny plan zakładał poszukiwanie jakiegoś noclegu na własna rękę. Spotyka nas jednak kolejna miła niespodzianka. Otóż biuro organizujące nam trekking wysłało po nas transport. Ostatecznie przystajemy na ich propozycje i zatrzymujemy się w hotelu Marqueses w pobliżu Plaza de Armas. Hotel z konca XVI w stylu kolonialnym urzeka od pierwszego wejrzenia i razu przypada nam do gustu.
Ledwie nasze plecaki zdołały opaść na ziemię już zostaliśmy uraczeni porcją Mate de Coca. Padamy ze zmęczenia. Na spanie nie ma jednak czasu. Wyśpimy się w Polsce, po powrocie do domu! Idziemy na świnkę morską! Koniecznie trzeba spróbować! Dotarliśmy do restauracji SUMAQ MISKY przy ulicy Plateros 334. Zamówiliśmy jedzonko, czekamy, emocje rosną, w końcu jest. Próbujemy – eee. Sucha i mało mięsa! No i te pazurki przy łapkach! I ząbki w pyszczku. Ogólnie: przereklamowane, mają mało mięsa i głupio się uśmiechają z talerza! Pytam kelnerki czy dużo turystów zamawia te świnki. Mówi, że prawie wszyscy zamawiają i … prawie nikt ich nie zjada. Obaj z Edvardem opędzlowaliśmy te świnki do ostatniego pazurka – tacy biliśmy głodni! Steki z Lamy zamówione przez Jarka i Darka przypominały w smaku starą niedogotowaną podeszwę.
Chyba pójdziemy już spać bo cały czas daje się we znaki różnica czasu. Dominik ma kryzys wywołany chorobą wysokościową. Nazajutrz wstajemy i idziemy zwiedzać Cusco. Darek w nieparlamentarnych słowach ocenia ogarniający go ból głowy. Zwiedzanie rozpoczynamy od wzgórza BLANCO CHRISTO na szczycie którego stoi figura Chrystusa Króla. Taka sama jak w Rio de Janeiro, tylko mniejsza. Pod figurą spotykamy Peruwiańczyka który sprzedaje nam amulety po 10 soli. Sole to peruwiańska waluta, a te amulety to krzyże CHAKANA. Dla Dominika brakło, więc nasz peruwiański przyjaciel obiecał że mu zaraz doniesie. I pobiegł. Z szeroko otwartymi oczyma obserwowaliśmy jak facet zbiega i wbiega po górkach, podczas gdy myśmy dostawali zadyszki po kilkunastu krokach. Solidarnie stwierdziliśmy, że zaproponujemy Peruwiańczykowi polskie obywatelstwo w połączeniu z pewnym miejscem w reprezentacji Polski w piłkę nożną. Z taką kondycją na pewno skutecznie wsparłby naszych biało czerwonych.
Na obiadek tym razem kurczak. Nikt nie chce już eksperymentować. Wszyscy chcą zjeść! Po południu spotykamy się z naszym przewodnikiem który poprowadzi nas na przełęcz Lares. Do naszej grupy dołączyła holenderka Carolien. Taki zestaw: Holand, Poland and Lithuania. Przewodnik opowiada nam o tym co nas czeka przez kilka najbliższych dni. Jutro wstajemy o piątej!
Wracamy do hotelu i zanim położyliśmy się spać odwiedził nas nasz przewodnik z radosną nowiną: jutro jest strajk drogowców i w związku z tym wyjeżdżamy … o czwartej. No to wyjeżdżamy! Przy busie czeka na nas nasz przewodnik. Ma na imię Ruben i w ogóle nie przypomina tego z którym rozmawialiśmy wczoraj. To po prostu ktoś inny! Ciekawe, czy już należy się bać??
Jedziemy busem do miejscowości położonej na wysokości 3800 mnpm - QUISWARANI. Stąd wyruszamy zdobywać Lares – przełącz położoną na wysokości prawie 5000 mnpm. Uśmiechnięci, dzielni, przygotowani do największych trudów wyruszamy.
Propozycję wynajęcia tragarzy zbywamy szerokimi uśmiechami. Po dwustu metrach odpoczynek, po kolejnych dwustu następny. Trzeci już po pięćdziesięciu metrach. Uśmiechy znikają, a plecaki trafiają na muły. Swój plecak zachował jedynie Jarek – ale tylko dlatego, że jest pusty. Nasz przewodnik Ruben kręci głową. Będzie ciężko! Dopiero zaczynamy, a przed nami 46 kilometrów do pokonania w trzy dni, w ciężkim terenie wysokogórskim. Gdybyśmy wtedy wiedzieli co nas czeka, to okopalibyśmy się, oflagowali i za żadne skarby świata nikt by nas nie zmusił do tego żeby iść gdziekolwiek.
Ale Ruben krzyczał: VAMOS AMIGOS i myśmy szli i szli, i szli. Nikt z nas wtedy nie przypuszczał, że jedno słowo - vamos – można tak znienawidzić. Po pierwszym dniu padliśmy i to dosłownie. Ruben nas uspokoił: najgorsze mamy już za sobą! Teraz wiem że kłamał perfidnie. W kolejnym dniu na wysokości powyżej 4000 mnpm skorzystałem z tlenu z butli, który mieliśmy ze sobą, tak na wszelki wypadek. Podobnie jak świnki morskie – przereklamowany. Nic nie pomagało. Na tej wysokości jest tak mało tlenu, że człowiek robi 10 kroków i czuje się jakby akurat zakończył maraton bostoński. Oczywiście nie dotyczy to tubylców, którzy wydają się być niezmordowani.
Podczas noclegu pod namiotami Ruben zwraca nam uwagę na to żebyśmy do namiotów pochowali nasze buty! Nie dlatego że kradną, tylko dlatego, że ludzkie buty to główny przysmak lokalnych psów. Tuż przed wejściem na Lares nocujemy na wysokości 4400 mnpm. Tu z kolei mnie dopada choroba wysokogórska. W nocy, przez sen widzę oczy pumy. Twierdzę, że to od wysokości, koledzy twierdzą, że od nadmiaru liści koki. Budzimy się rano i okazuje się że wokół nas są chmury. Z tą tylko różnicą że poniżej nas! Niezatarte wspomnienie.
W końcu zdobywamy przełęcz, 4750 mnpm. Stąd już tylko w dół. Co nie znaczy, że łatwiej! Jak ktoś chodzi po górach to wie, że na górę wchodzi się ciężko, ale schodzi się jeszcze ciężej! Zaczyna padać. Docieramy w końcu do wioski, gdzie w peruwiańskiej chacie czekamy na busa, który zabierze nas na stację kolejową. Jeśli dojedzie – droga rozmokła i może być różnie. Z nudów przyglądamy się biegającym po całej izbie świnkom morskim. W końcu przyjeżdża. Do naszego małego busa wsiada jeszcze pół wioski.
Stłoczeni jak sardynki pędzimy gliniastą śliską droga w dół, ocierając się co chwilę o krawędź urwiska. Nogi uginają się pod nami dopiero, gdy docieramy do OLYATAMBO. Opony busa są kompletnie łyse. Jesteśmy już coraz bliżej kolejnego celu naszej wędrówki, tajemniczego miasta w chmurach: MACHU PICCHU.
Koleją transandyjską dojedziemy do AQUAS CALIENTES, miasteczka położonego pod Machu Picchu. Samo miasto w chmurach jest ciekawe, ale mnóstwo tu turystów i zewsząd zionie komercją. Obejrzeć trzeba, rozwodzić się nie ma nad czym.
Wczesnym rankiem ustawiamy się w długiej kolejce do autokaru, który zawozi nas w pobliże MACHU PICCHU, gdzie wita nas jeden z najbardziej niesamowitych wschodów słońca. Część z nas postanowiła jeszcze odwiedzić górę Wayna Picchu, na którą dziennie może wejść jedynie 400 szczęśliwców. Widoki rekompensują wszystkie trudy wspinaczki.
Nasz kolejny cel to jezioro TITICACA. Jest to najwyżej położone jezioro żeglowne dla dużych statków i zarazem największe jezioro wysokogórskie na Ziemi. Jego wymiary to 230 na 97 kilometrów. Tam przeżyliśmy kolejną przygodę: sztorm. I to na tyle poważny, że kiedy nieomal nie wywróciliśmy się kapitan statku podjął decyzję żeby jak najszybciej dopłynąć do najbliższej z wysp i przeczekać.
Po kilku godzinach kontynuowaliśmy rejs. Dopłynęliśmy do wyspy TAQUILA. Taka ciekawostka: na wyspie panuje ustrój komunistyczny. Nikt nie płaci podatków, a wszyscy mają obowiązek odpracować kilkanaście dni na rzecz lokalnej społeczności. Władze sprawuje rada wyspy. Oczywiście gdyby nie masowo przybywający turyści, to była by tam jedna wielka bieda! To co rzuciło nam się w oczy to przede wszystkim faceci dziergający robótki ręczne na drutach.
Ponadto zauważyliśmy, że część mężczyzn nosi czapki kolorowe w całości, a część do połowy białe. Po rozpoznaniu sprawy okazało się, że ci do połowy biali – to kawalerowie, a cali kolorowi to żonaci. Moją uwagę zwrócił fakt, że pośród kawalerów sporo jest starszych mężczyzn. Zapytałem dlaczego? Okazało się, że mają tam taki praktyczny zwyczaj: jeżeli mężczyzna nie mieszka z kobietą co najmniej od miesiąca to spokojnie może zakładać czapkę kawalera. Jest po prostu do wzięcia!
Nie sprawdzałem tego o czym wcześniej powiedział mi Erick w Limie, ale ponoć na jednego faceta przypada w Peru sześć kobiet. Taka demografia. Fajne, co??
Na koniec odwiedzamy pływające wyspy. To też taka niespotykana ciekawostka. Jest to 40 niewielkich sztucznych wysepek pływających (zwanych UROS), z których część jest zamieszkana przez Indian Uros. Wyspy są zbudowane w całości z trzciny. To niesamowite wrażenie, kiedy schodząc ze statku stąpasz po „nibygruncie”, który się stale i miarowo ugina.
Kilka pytań do tubylców i wszystko jest jasne: skąd mają jedzenie? Z jeziora. Gdzie się załatwiają? Do jeziora! Skąd biorą wodę pitną? Z jeziora. Gdzie grzebią swoich zmarłych? Na brzegu. Uff! Na szczęście! – Może się Pan napije? – pyta tubylec trzymając w rękach gliniane naczynie. – Nie jestem spragniony – odpowiadam dyplomatycznie. Znad jeziora Titicaca wracamy do Limy. Ponownie zatrzymujemy się u Erica. Nazajutrz towarzyszy nam w roli przewodnika w wycieczce po Limie. Wieczorem żegnamy się, robimy ostatnie pamiątkowe zdjęcie z nowymi przyjaciółmi i ze smutkiem wyjeżdżamy na lotnisko. Peruwiańska przygoda pozostanie we wspomnieniach do końca życia.
Poniżej mapka jaką po przejściu przez Lares wyrysował nam nasz przewodnik Ruben.

Zanim jeszcze rozpoczęła się wyprawa w Andy powstała piosenka, która wychwala niekwestinonowane zalety poszczególnych członków ekipy:
Ballada o AMIGOS DESPERADOS
***************************
słowa: Romek Sadowski
Marlena "Czarna" Czartoryjska vel Frąckiewicz
muzyka: Romek Sadowski
Szósta strunna mej gitarry
Opowiedzieć dzisiaj chce
O odważnych sześciu gringos
Którzrzy odważyli się
Na wyprawę poddążają
Tłumy fanów zostawiając
I bez strachu w oczach cienia
Za wyjątkiem rozwolnieńnia
Ref. Adios Amigos Desperados
Bez dyskusjos!!! Bez dyskusjos!!!
Full odwagos!!!
Im nie straszne Andów szczytty
Ani miasta zmarłych murry
Oni ruszą w dal przed siebie
I zdobędą dla Was górry
Już szykują ekwipunnek
Na wyprawę, tę straszliwą
Trochę ciuchchów i jedzenia
I tabletki od rozwolnieńnia
Ref. Adios Amigos ...
Jarrkos swoją faję kurzy
I luzacką minnę ma
Uffo, czy trzęsienie ziemi
Kogo wkurzyć tu się da???
Dominkos plan studiuje
I obmyśla już attrakcje
Jedno okno - jedna lama
Może wiązanne transakcje???
Ref. Adios Amigos ...
Romos, Darios: dwaj Amigos
Na luzakos wyglądają
Lecz odwagos bez dyskusjos
Raczej w domu zostawiają
Don Michales, Don Edvardos
To wyprawy: "czarne końnie"
Komandosos wciąż trenują
Aby stanąć w swej obronie
Ref. Adios Amigos ...
Desperados jak powrócą
tę balladę nam zanucą
a z nią worrek opowieści
o co najmniej "dziwnej treści"
By kochanki, matki, żony
swym powrotem uszczęśliwić
Pozostałych, mniej odważnych
Wkurzyć, wpienić, mocno zadziwić
Ref. Adios Amigos ...
Skład ekipy podczas wyprawy:
Jarek Marcinowski (Elbląg), Dominik Mański (Elbląg), Romek Sadowski (Pierzchnica k/Kielc),
Edward Szostak (Wilno) ,Michał Michnowicz (Rumia) i Darek Frąckiewicz (Wrocław).










