Ol Doinyo '2010

Następnego dnia po zejściu z Kilimanjaro wymeldowujemy się z hotelu i jedziemy na Safari. Około 16-tej docieramy do parku Tarangire – to pierwsza z atrakcji naszego Safari. Na początku fotografowaliśmy wszystko co się rusza i choćby lekko wystaje zza krzaków. Na pierwszy strzał poszły pojedyncze ptaki – choć trzeba przyznać, że niesamowicie kolorowe. Po jakimś czasie w oddali majestatycznie przesuwała się żyrafa. Za chwilę guźce tuż obok nas, i żyrafy niemal na wyciągnięcie ręki. Potem antylopy i gazele. Jakby ktoś rozwiązał worek pełen zwierząt. I w końcu słonie. Piękne, potężne, dostojne. Po 19-tej dojechaliśmy do lodży w miejscowości Mto Wa Mbu (co oznacza w suahili „Rzeka Moskitów”). I rzeczywiście moskity tną nieprzeciętnie. Jednakże warunki w lodży są wyśmienite.

 W dalszą podróż w ramach Safari wiezie nas Kimambo. Nasz kierowca i jednocześnie przewodnik. Za dużo nie mówi, ale sprawia wrażenie jakby wiedział gdzie szukać zwierząt. Zanim dojedziemy do krateru Ngorongoro zaglądamy do wioski masajskiej. Tam opowiadają nam o niektórych obyczajach i codziennym życiu Masajów. Najbardziej dla nas egzotyczny jest obyczaj poszukiwania żony. Otóż Masaj idzie do innej wioski, gdzie musi znaleźć ciężarną kobietę. Następnie dotyka jej brzucha, niejako naznaczając dziecko. Jeżeli urodzi się chłopiec – to zostaje najlepszym przyjacielem Masaja, jeżeli dziewczynka, to jest „zarezerwowana” na żonę Masaja. Może też sobie kupić żonę za krowy. Masaj może mieć maksymalnie jedną żonę na każde 10 krów. Żon może mieć maksymalnie 8. Oglądamy gliniane chatki masajskie, a w nich okna o wymiarach około 15 na 15 cm. Światła jest wewnątrz tyle, że w zasadzie wystarczy na to żeby się nie nabić na własną dzidę! Ale … mężczyźni nie śpią w tych domkach. Czyli niebezpieczeństwa nie ma! Tylko kobiety i dzieci! Faceci na zewnątrz pilnują krów i rodziny. Dokładnie w tej kolejności. Zresztą Masajowie uważają, że wszystkie krowy na świecie są ich własnością. A jeżeli ktoś inny (poza Masajami) posiada krowę to im ją po prostu ukradł, i w zasadzie można go za to zabić. Więc wszyscy zgodnie na pytanie Masajów o to czy mamy krowy odpowiadamy:

- A co to jest krowa??

 

  Na koniec naszą uwagę przykuwają buty Masajów. Są zrobione z … resztek opon! Panowie noszą grubszy bieżnik, taki terenowy, a Panie lżejszy. Można by rzec letnie oponki! Opuszczamy wioskę Masajów. Trochę jednak trąciło komercją i nie jesteśmy przekonani, że nasi tanzańscy przewodnicy dowieźli nas do „prawdziwej” wioski masajskiej. Tylko dzieci były … prawdziwie usmarkane i oblegiwane prze muchy. Ten widok na długo zapada w pamięci…  

Wjeżdżamy do Ngorongoro. Można się zakochać. Dno wygasłego wulkanu o średnicy 18 km. Zagłębiony na 600 metrów, otoczony górami raj na ziemi. Krajobraz jak z filmu Park Jurajski. I wszechogarniająca mnogość zwierzyny i roślinności. Tego nie można opisać – to można jedynie pokazywać. Szkoda, że jesteśmy tu tak krótko. Wieczorem przejeżdżamy do Serengeti. Ciągnąca się całymi kilometrami równina o tej porze roku nie jest tak płodna w zwierzynę. Ale i tak udaje nam się zobaczyć Wielką Piątkę. Widzieliśmy słonie, lwy, bawoły, lamparty i nosorożca. Tego ostatniego tylko z daleka i tylko przez chwilkę. Ale zawsze to coś! Śpimy w namiotach na Serengeti. Na naszym polu namiotowym wszędzie są rozstawione tabliczki, żeby nie wychodzić poza teren obozowiska bo można zostać zaatakowanym przez zwierzęta. Jedna kwestia nie daje mi i Dominikowi spokoju. Skoro teren jest nieogrodzony i niezabezpieczony w żaden sposób, a wszystkie tabliczki są zwrócone tekstem do wewnątrz, to w jaki sposób zwierzęta będą miały możliwość zapoznania się z ich treścią bez wchodzenia na teren obozu?? Skąd będą wiedziały, że my nie chcemy być zaatakowani?? Na kolację nasz kucharz przygotował (na specjalne życzenie Jarka) baraninkę na grillu. Mnie nie posmakowała. Edek, Jarek i Dominik się zajadali. A Michał potwierdził, że to ciągle nie jest ta chwila …

Od rana same atrakcje! Najpierw znalazłem w namiocie robala wielkości kciuka. W chwilę potem w drodze do toalety stwierdziłem, ze coś mi do buta wpadło. No i że trzeba to wytrzepać, bo jak się zrobi jakieś obtarcie to będzie nie wesoło. Zdjąłem buta, a z niego majestatycznie wylazł wielki pająk. Jakoś wszystko mnie zaczęło swędzieć i poczułem się mocno nieswojo. Cały dzień spędziliśmy na „bezkrwawych łowach” fotografując zwierzęta na Serengeti. Kiedy w połowie dnia zjechaliśmy na lunch do naszego obozowiska zostaliśmy odwiedzeni najpierw przez wszędobylskie pawiany, a potem przez rodzinę surykatek.  Kolejny dzień na Serengeti nie rozczarował nas swoim otwarciem. W nocy porykiwał nieopodal lew, później darły się pawiany a rano odwiedziły nas hieny. W namiocie znowu mieliśmy gościa w postaci wielkiego jak dłoń „patyczaka”. Ale to już ostatnia noc pod namiotami w całej afrykańskiej wyprawie. Drogą typu „off road" jedziemy przez 11 godzin. Uwierzcie! Nawet Serengeti może się znudzić! Na szczęście kierowca (nie wiem czy specjalnie) zafundował nam dwie awarie. Najpierw przedziurawił na drodze zbiornik z paliwem. Więc siedzieliśmy w niewielkiej wiosce przy drodze przez dwie godziny nic nie robiąc. Pełna Hakuna Matata (co w innych znanych nam jezykach oznacza tyle co „maniana” lub nasz ojczysty „luzik”). Następnie jechaliśmy Rzeką Popiołu. Tak się kurzyło, że w pewnym momencie sprzęgło zaczęło się po prostu ślizgać.

  Nie mniej jednak szczęśliwie dotarliśmy do Lake Natron Camp. Kolacja, krótka odprawa z masajskim przewodnikiem i idziemy spać. O północy pobudka i rozpoczynamy kolejny atak. Atak na szczyt czynnego wulkanu Ol Doinyo Lengai.

          Wystartowaliśmy z kilkuminutowym opóźnieniem. Po godzinie jazdy terenówką jesteśmy u stóp Ol Doinyo. Przynajmniej tak sądzimy! Bo to środek nocy i tak naprawdę niewiele widać. Startujemy z wysokości 1200 mnpm. Już na 1300 mnpm czuć siarkowodór. Ten smród będzie nam towarzyszył do samego szczytu i niestety z powrotem. Wieje mocno, czasami bardzo mocno. Ale nie jest to dla nas uciążliwe, bo wiatr jest dość ciepły. Na wysokości około 1500 metrów Masaj podprowadza nas nad pierwszy, głęboki żleb. Robi wrażenie, choć niewiele widać - tyle co w świetle latarek. Zaraz po przekroczeniu 2000 mnpm Edek i Jarek jednoznacznie stwierdzają, że nie idą dalej. Nie mamy odpowiedniego sprzętu no i zmęczenie daje mocno znać o sobie. Ja, Dominik i Michał idziemy dalej. Twardo i odważnie! Kiedy tuż po 6-tej wstał dzień wszyscy trzej wykonaliśmy mniej więcej taki rytuał: oparci oburącz o grunt, a kąt pochylenia na pewno miał powyżej 600, patrzymy w lewo i mówimy – o kurcze! Patrzymy w prawo, i – o cholera. Patrzymy w dół. Nie! W dół, proszę wycieczki, nie patrzymy! Obleciała nas taka cykoria, że trudno ją opisać. I nie dlatego, że żeśmy tu weszli. Tylko dlatego, że z naszym, pożal się Boże, ekwipunkiem to my raczej szczęśliwie nie zejdziemy! Jedyna droga, której się nie boimy, to droga … w górę. No to idziemy! Przynajmniej dzięki temu na razie nie musimy schodzić! Jeszcze jakieś 200-300 metrów do wejścia. Jesteśmy na szczycie! 2962 mnpm. Jedyny na ziemi, czynny wulkan z którego wypływa biała lawa. Ol Doinyo Lengai – święte miejsce dla Masajów. Żeby się stać prawdziwym Masajem trzeba tam wejść przynajmniej raz w życiu. Jeszcze bardziej kurczowo przytulam się do gruntu. Siedzimy na zwieńczeniu wulkanu. Dominik rzuca do mnie: wyjmij aparat i zróbmy zdjęcia. Ponieważ wyjęcie aparatu z plecaka wiąże się jednoznacznie z oderwaniem rąk od podłoża odpowiadam mu dyplomatycznie: - Sam sobie zrób zdjęcie! A najlepiej to mnie zdejmij z tego szczytu! Jakieś 15 minut odsapnęliśmy na szczycie i powoli ruszamy w dół. Nic tak człowieka nie mobilizuje do wysiłku jak wszechogarniający smród zgniłych jaj roztaczający się ze szczególną intensywnością u zwieńczenia wulkanu. Schodzimy i schodzimy co chwilę zrzucając na siebie lawinę kamieni. Strach nie maleje. Nawet nie wiedziałem, że znam tyle różnych modlitw. Przez ponad trzy godziny zejścia żadna się nie powtórzyła! Kiedy zeszliśmy do samochodu okazało się, że sam gospodarz Lake Natron Camp przyjechał zobaczyć tych „oszołomów”, co się bez ekwipunku wybrali na Ol Doinyo. Najcięższe chwile podczas wejścia na Kilimandżaro przypominały tylko troszkę te najlżejsze przy wejściu na Ol Doinyo Lengai. To była przygoda!!! Widoki niezapomniane do końca życia. Z Ol Doinyo też zabrałem kilkanaście kawałków białej lawy. Dzieciaki w niektórych kieleckich szkołach będą miały i taki eksponat do dyspozycji. Wykończeni do granic możliwości dojeżdżamy do Lake Natron Camp. Recepcjonista, Masaj, uprzejmie nas informuje, że za pół godziny musimy opuścić lodże, bo już następni goście czekają. Mam nadzieję, że nie zna polskiego, bo to, co wówczas padło z naszych ust nie przypadło by mu do gustu na pewno. Jak się potem okazało, troszkę się organizator zaplątał, i w efekcie wykwaterował nas o jeden dzień za wcześnie. Potem próbował to odkręcać, ale myśmy już nie chcieli tam spać. Kazaliśmy się wieźć do Mto Wa Mbu. Po drodze zahaczyliśmy o jezioro Lake Natron, gdzie brodziły w wodzie niezliczone stada flamingów. W Mto umieścili nas w zastępczym campie. Jak się okazało, było to chyba najbardziej cywilizowane miejsce ze wszystkich jakie odwiedziliśmy podczas tej wyprawy. A jedzenie?? Mniam. Tylko Jarek stwierdził, że takie jakieś … europejskie. Michał nadal twierdzi, że jest już blisko, ale jeszcze nie teraz. Jeszcze nie pora na lokalną kuchnię. Ostatni dzień spędzamy w Mto Wa Mbu na handlowaniu. Najpierw kupujemy, a potem uskuteczniamy handel wymienny. Poniżej podaję przykładowe ceny: buty sportowe Geox + latarka ręczna Coolman to równowartość jednego średniej wielkości bębenka Ngoma. Koszulka markowa typu Big Star to równowartość koszulki markowej made in China o tematyce Kilimandżaro. Sweter typu szetland – to miecz masajski. Ale nikt nie pobił wyczynu Dominika! Nie ważne za co wymienił, ważne że Dominik w Afryce przy blisko 40-o stopniowym upale wytłumaczył tubylcom, że podgrzewacze chemiczne do rąk to jest coś bez czego oni w zasadzie nie mogą żyć! Pod koniec dnia mieliśmy dość ciągłego „support me”. Nazajutrz mieliśmy wyjechać około 10-tej. Ale pragnienie powrotu do domu było tak ogromne, że kierowca musiał wyruszyć już o dziewiątej.  Dzięki zaangażowaniu Edka, po drodze, w ramach pożegnania z lokalną kuchnią, jemy wyborną potrawę - pieczonego kozła. Po różnych drobnych perypetiach na lotnisko w Nairobi dotarliśmy o 21.00. Tu Michał zdecydował się na lokalną kuchnię! Zamówił w bufecie piwo i ciastko z czekoladą. Heroiczna postawa.

Nasz wylot zaplanowano na 4.00. Około 12.30 będziemy już w Polsce!

WYPRAWĘ WSPIERAJĄ:

WOJEWODA ŚWIĘTOKRZYSKI
Bożentyna Pałka - Koruba
Stronę odwiedziło od listopada 2009: 4387 osób