Kilimandżaro '2010

PRZYGOTOWANIA

listopad '2009

Pięciu śmiałków, którym się wydaje, że nie ma rzeczy niemożliwych, i którzy już co nieco w tej materii udowodnili.

Od lewej:

Jarek Marcinowski, Elbląg, 42 lata, żonaty, dwójka dzieci, główny prowodyr przedsięwzięcia.

Dominik Mański, Elbląg, 31 lat, żona i dzieci jeszcze w drodze, głos rozsądku całej ekipy.

Michał Michnowicz, Rumia, 37 lat, żona i syn, i marzy mu się córka, daleko wysunięty zwiadowca.

Edward Szostak, Wilno, 47 lat, żonaty, dwójka dzieci, rola w ekipie: ściśle tajna.

Romek Sadowski, Pierzchnica k/Kielc, 41 lat, żonaty, dwójka dzieci, wszystko co jeszcze nie obsadzone.

 

Pierwszy miesiąc przygotowań upływa nam pod znakiem przygotowań ogólnych. Zaczynamy treningi kondycyjne, dieta no i kompletowanie ekwipunku. Bilety lotnicze, rezerwacje, przewodnicy, stosowne umowy - te sprawy są już załatwione.

Taki pomysł przyszedł mi do głowy: ponieważ jestem jedynym kielczaninem w ekipie chciałbym w jakiś szczególny sposób zaznaczyć ten fakt przy okazji wejścia na Kilimandżaro. Na szycie Uhuru Peak zatknę proporzec lub flagę naszego województwa. Taki lokalno-partiotyczny gest. W takim razie muszę skontaktować się z Wojewodą Świętokrzyskim i przedstawić mój pomysł. Zobaczymy co z tego wyniknie?? Zrzucanie zbędnych kilogramów idzie całkiem nieźle. Po czterech tygodniach diety i ćwiczeń ubyło mnie o 6 kg. Super! 6 kilogramów mniej do wniesienia na szczyt. Ale ... walka trwa dalej. Jeszcze dwa miesiące...

grudzień '2009

 Grudzień rozpoczął się bardzo pozytywnie. Wojewoda Świętokrzyski Pani Bożentyna Pałka-Koruba objęła wyprawę swoim patronatem. Jednym zdaniem ranga przedsięwzięcia znacznie wzrosła. W dalszym ciągu walczymy z kondycją. Codziennie około 30 km na rowerze stacjonarnym. Jeden raz w tygodniu marszobieg 15 km i jeden raz sauna. Przed nami ogromne wyzwanie: Święta Bożego Narodzenia, i wszystko co się z tym wiąże w obszarze konsumpcyjnym. Ciężko się będzie powstrzymać. Oj ciężko! Grudzień kończy się całkiem fajnie! Udało się nie prztyć nadmiernie, no i do grupy wspierającej wyprawę dołączyło Radio Kielce. Umówiliśmy się na relacje "na żywo" z wyprawy no i oczywiście na obszerną relację tuż po powrocie. Pierwszy radiowy zwiastun wyprawy będzie nadawany 3 stycznia około godziny 20 tej. Zapraszam. I życzę wszystkim spełnienia marzeń w nadchodzacym 2010 roku.

styczeń '2010

Po świąteczno-noworocznych szaleństwach intensyfikujemy przygotowania kondycyjne. Jeżeli chodzi o mnie, to już od Świąt codziennie rano jednogodzinny marszobieg i popołudniu rower stacjonarny - również przez godzinę. Ponadto raz w tygodniu, marszobieg blisko trzygodziny i sauna. Michał trenuje na orbitreku a ponadto jeździ sporo na nartach biegowych.

 

 
 

 

 

 

 


 

W dniu 09 stycznia 2010 w kościele parafialnym w Pierzchnicy odprawiona została msza za pomyślność wyprawy Kilimanjaro '2010 i szczęśliwy powrót jej uczestników. Bezpośrednio po mszy odbył się koncert pt "OPOWIEŚĆ WIGILIJNA czyli śpiewy kolęd znanych i mniej znanych".

  

 

W dniu 17 stycznia, w ramach przygotowań do wyprawy Kilimanjaro '2010 udało się zdobyć kolejny szczyt wchodzacy w skład tzw. "Korony Polski". Na 612 mnpm, na świetokrzyskiej Łysicy zameldowali się Dorota, Kuba i Romek Sadowscy. Jest to najniższy szczyt Korony Polski, ale za to uznawany za najstarszy. Dlatego też Łysica jest nazywana Matką Korony Polski. 24 stycznia powtarzamy zimowe wejście na Łysicę. Tym razem jest dużo większy mróz, ale i piękne słońce. Widoki są bezkonkurencyjne.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W dniu 27 stycznia odebrałem z rąk Wojewody Świetokrzyskiego Pani Bożentyny Pałki-Koruby flagę z herbem województwa. Z prawdziwą dumą zatknę ją już niebawem na najwyższym szczycie masywu Kilimandżaro.

 

 

 

 

 

 

 

RELACJA Z WYPRAWY

Na początku nic nie zapowiadało żadnych trudności. Z niewielkim opóźnieniem dotarliśmy do Nairobi, a stamtąd wyruszamy busikiem do Moshi. Do przejechania mamy jakieś 350 kilometrów. W około połowie tego dystansu przekraczamy granicę kenijsko tanzańską. Tuż przed granicą stajemy w przydrożnej knajpce na pierwsze egzotyczne jedzenie. Jemy potrawy, których głównym składnikiem jest Chapati (czyli wielki naleśnik), do którego można zmówić Liver (wątróbkę z warzywami), gotowaną fasolę oraz miejscową odmianę rosołu. Do tego kilka kawałeczków papryczki Chili. Ufff – zapiera dech w piersiach. Z poczęstunku rezygnuje Michał. Jak twierdzi nie chciałby na tym etapie zakończyć wyprawy. Po drodze widzimy pierwszych Masajów. Wysocy o mocno hebanowej skórze, dostojnie, ale i z pewną ciekawością z daleka się nam przyglądają. Tuż po odprawie na granicy wchodzę na busa i nadaję swoją pierwszą relację dla Radia Kielce. Ruszamy w dalszą drogę. Do pokonania zostało jeszcze ponad 150 kilometrów – cały czas po kiepskiej drodze szutrowej z wielkimi dziurami. Paul – nasz kierowca opowiada, że średnio w miesiącu wymienia 3 opony. zawieszenie nawet baliśmy się zapytać. Temperatura 320C. Po naszej lewej stronie w oddali widać Kilimandżaro. Zaczynamy czuć coraz większy respekt. Po drodze, w mieście Arusha przesiadamy się do innego busa. W końcu dojeżdżamy do Moshi. Niewielka, jak na afrykańskie warunki, miejscowość (około 200 tys. mieszkańców) tętni życiem. Ulice pełne samochodów pomiędzy którymi przeciskają się przechodnie. Dojeżdżamy do hotelu – ulga! Jesteśmy wszyscy zmęczeni podróżą, więc oczyma wyobraźni już bierzemy prysznic i przebieramy się w lekkie ciuchy. Ale … w tym hotelu nic nie wiedzą o naszej rezerwacji! Sprawdzamy nazwę hotelu: KEYS – zgadza się! To co jest grane?? Patrzymy na siebie nawzajem z niepewnością. Aha! W Moshi jest jeszcze jeden hotel o tej samej nazwie! Jedziemy jeszcze kilka minut i trafiamy we właściwe miejsca. Tu nas oczekują!!! Wreszcie można nieco odsapnąć. Wieczorem spotykamy się z resztą ekipy. W sumie jest nas piętnaście osób. Wieczorem poznajemy się nawzajem siedząc przy basenie i popijając lokalne piwo o nazwie … a jakby inaczej? „Kilimandżaro”! Śpimy w bungalowach, małych dwu- i trzyosobowych domkach pokrytych trzciną. Michał w swoim bungalowie widział skorpiona, ale ta informacja nie została potwierdzona przez żadną ze światowych agencji prasowych. Idziemy spać kładąc się pod baldachimami z moskitier. Następnego dnia wstajemy o 7.30. Śniadanie, krótka narada i pakujemy się do Land Criuserów. Wśród tubylców jeden zwraca naszą uwagę przewieszonym przez plecy karabinem typu Winchester. Nie wiem, czy powinniśmy się czuć bezpiecznie, czy wręcz przeciwnie… O godzinie 11.30 robimy sobie wspólne zdjęcie pod bramą parku. Stąd zaczyna się nasza przygoda z Kilimandżaro, tu swój początek ma trasa Machame Route – nienajłatwiejsza, ale podobno najbardziej malownicza. Wysokość 1800 mnpm. Pierwszy etap, to przejście przez deszczowy las (Rain Forest). Około 14.00 przerwa na lunch. Zupa grzybowa i makaron z mięsem. Smakuje nieźle, aczkolwiek Michał nadal trzyma nas w napięciu i twierdzi, że to jeszcze nie jest moment na spożycie miejscowych specjałów. Jeszcze dobrze nie skończyliśmy jeść, kiedy z nieba zaczął padać deszcz. Ciekawe dlaczego? Czyżby czuł się zobowiązany nazwą lasu??? Deszcz tropikalny nie przypomina naszego, polskiego. Jest jakby rzadszy. Na tyle rzadki, że przemaka na nim dosłownie wszystko. Nawet to co jest nieprzemakalne. Mógłbym przysiąc, że mi przemokła nawet foliowa peleryna! O godzinie 18.00 wchodzimy na 3000 metrów. 12 metrów poniżej tego miejsca jest nasza baza nr 1. Namioty już rozbite – tu będziemy dziś spali. Na kolację jemy… Truppa - danie o swojsko brzmiącej nazwie. Wszyscy się śmieją i dowcipkują, że nasi przewodnicy próbują nas nastraszyć. Spać idziemy o 22-giej. Noc mija szybko. Rano przed namiotem pojawiają się tragarze z gorącą Ginger Tea (herbatką imbirową), która będzie nam już towarzyszyć do końca wyprawy. Temperatura w okolicach +100C. Rano, po pobudce i rannej toalecie na termometrze jest już +150C. Startujemy o 8.30. Dzisiejszy cel to blisko 4000 mnpm, baza nr 2 – stożek Shira, nasza pierwsza aklimatyzacja. Wydostajemy się z deszczowego lasu. Wiszący do tej pory na głowami baldachim z liści przerzedza się znacząco. Drzewa ustępują miejsca krzewom. Kierujemy się w stronę najniższego stożka w masywie Kilimandżaro – Shira (3940 mnpm). Do bazy nr 2 (Shira Camp) docieramy po przeszło 5 godzinach marszu. Mimo nieznacznej odległości, bo przeszliśmy jedynie 9 km, pojawiają się pierwsze objawy choroby wysokogórskiej. Głównie delikatne bóle głowy! No i pogoda zaczyna coraz mocniej doskwierać. Kiedy wyjrzy słońce jest niemiłosiernie gorąco, ale gdy tylko schowa się za chmurami, daje się we znaki zimny wiatr. Na razie apetyty dopisują. Humor też, choć widać zmęczenie w ekipie. W ramach aklimatyzacji idziemy zwiedzać jaskinie. Wg nas to raczej kawałek dziury w skale, ale przewodnik, żeby nam zaimponować opowiada historię powstania tych jaskiń. W określaniu ich wieku tak się zagalopował, że wyszło mu 100 tysięcy milionów lat. Tak więc dziura w ścianie (czytaj: jaskinia) została przez nas nazwana Jaskinią Stu Tysięcy Milionów Lat.

Nazajutrz wstajemy o 6.30. Znów toaleta (tzw. water for washing) oraz śniadanko. Dania na śniadania nazywają się inaczej niż te podawane dotychczas ale … smakują identycznie jak wszystkie dotychczas serwowane. Michał nadal twierdzi, że to jeszcze nie czas na testy lokalnego jedzenia. Natomiast Edek i Jarek są nieco zniesmaczeni tym, że jedzonko nie jest dość „egzotyczne”! Startujemy o 8.30. Trochę samowolnie, około 11-tej robimy sobie przerwę na lunch na trawersie przed przełęczą, obok Lava Tower. Nasi przewodnicy nie są z tego powodu zadowoleni, bo ponoć to niebezpieczne miejsce. Jak się potem okazuje nasza decyzja była słuszna. Gdy kończymy lunch zaczyna padać. Deszcz dość szybko przeradza się w grad. Jakby tego było mało zrywa się silny wiatr. Kilimandżaro upomniało się o należny mu szacunek. Wyglądamy jak grupa pielgrzymów kłaniająca się do samej ziemi przed niewyobrażalnym majestatem. Około 13.30 wchodzimy na przełęcz przy Lava Tower (ponad 4600 mnpm) Ból głowy towarzyszy już większości uczestników ekspedycji. Niektórzy wchodzą na wyższy poziom wtajemniczenia: mają też kłopoty żołądkowe! Na przełęczy, gdzie mieliśmy planową przerwę na lunch, czujemy się jak w kieleckiem! Łeb chce urwać. A poza tym tu chyba większość wchodzących na Kilimandżaro zdobywa sprawność „szybkiego wypróżnienia w efekcie przeciążenia”. Smród jest okrutny! Jak najszybciej się da schodzimy dość stromą ścieżką do bazy nr 3 (Barranco Camp). Śpimy na wysokości 3900 mnpm. Obok nas odbywa się tradycyjny taniec i śpiewy tragarzy. To zwyczaj podczas którego, po zejściu ze szczytu, tragarze demonstrują swoje zadowolenie z otrzymanych napiwków. Mam nadzieję, że już niebawem zatańczą i zaśpiewają również dla nas. Przy popcornie i herbatce planujemy kolejny dzień. Chcemy wyjść wcześniej niż zwykle, aby mieć jeszcze więcej czasu na regenerację sił przed atakiem szczytowym. W nocy znowu pada – jakże by inaczej. W śpiworze śpią ze mną: komórka, latarka i akumulator do aparatu fotograficznego. To jedyna możliwość ochrony przed zbyt szybkim rozładowaniem.

No! Mistrzami organizacji to my nie jesteśmy! Nie wyszliśmy wcześniej nawet o minutę. Ruszamy o 8.30. Najpierw ponadgodzinna wspinaczka podczas której pokonujemy słynną Barranco Wall. Ponieważ nie można wierzyć zapewnieniom przewodników co do pokonanego dystansu jedyną orientacje zapewnia nam wysokościomierz. Gdy wydaje się, że już osiągnęliśmy zaplanowaną wysokość zaczyna się zejście w dół. Potem znowu do góry ….i w dół. Po drodze krótka przerwa na lunch. Po 7 godzinach wreszcie meldujemy się w bazie nr 4 (Barafu Camp) na wysokości 4550 mnpm. Około 17-tej kolacja i idziemy spać! Jutro ważny dzień! Wstajemy pół godziny przed północą. Gorąca herbatka imbirowa, ostatnie szlify i atak na szczyt rozpoczynamy o godzinie 0.30. Przed nami, jak informują przewodnicy 8-10 godzin wejścia na szczyt, a w zasadzie to 8-10 godzin patrzenia na buty  towarzysza idącego przed tobą, walka z sennością (cisnienie 500 hPa– czyli ledwie 50 % zwykłego ciśnienia) przerywana łapaniem powietrza i wyrównywaniem oddechu. Najlepiej głowę zająć czymś innym. Po trzech godzinach przekraczamy 5000 mnpm. W chwilę potem przytomność traci pierwszy członek ekipy. Na szczęście kończy się na ogólnym strachu. Ocucony idzie wraz z nami. Tlenu z każdym pokonanym metrem coraz mniej. Po jakimś czasie rozdzielamy się na kilka grup. Każdy z nas stara się iść takim tempem, które mu najlepiej odpowiada. Przewodnicy również się rozdzielają i dbają o to, żeby w każdej grupce któryś z nich nas pilotował. Na Stella Point (5756 mnpm) wchodzę wraz z innym uczestnikiem wyprawy (Młody Michał) tuż przed 6.00 – niezły czas. Zaraz za nami jest Michał. 

  

 

 

Ustaliliśmy z Michałem dużo wcześniej, że samo wejście na szczyt odbędziemy wspólnie. Tak samo jak dwa lata temu na przełęcz Lares w Peru. Stąd razem ruszamy na Uhuru Peak – już po prawie płaskim terenie, jakieś 50 minut. To „tylko” nieco ponad 100 metrów różnicy poziomów. Na samym szczycie jesteśmy tuż przed godziną 7.00. Jest 6 lutego 2010 roku - 5895 metrów nad poziomem morza! Temperatura około -100C.  Ciśnienie 498 hPa. Nasz pierwszy szczyt z grona Korony Ziemi!!! Mimo ogromnego zmęczenia cieszymy się jak dzieci. Teraz jest czas na fotki. Z flagą województwa świętokrzyskiego, z flagą Gdyni no i z herbem Kaszubów. Grupowe i solo. Nawet nie wiem kiedy mija kolejna godzina. Przewodnik ma nietęgą minę i coś tam nam próbuje tłumaczyć. Ale my go nie słuchamy, tylko pełną piersią chłoniemy nasz sukces. W końcu jednak udaje mi się zrozumieć „Mozambik English” naszego przewodnika. A brzmi to mniej więcej tak:

- Spieprzajmy stąd natychmiast! Tu możecie przebywać maksymalnie 15 minut. A wy już od godziny wyczyniacie jakieś niezrozumiałe wygibasy przed aparatami! Spieprzajmy, bo będzie źle!

Nie bardzo wiedziałem o co chodzi. Może to jakieś ichnie przepisy? Najważniejsze, że zdjęcia są już zrobione! Zabrałem ze szczytu 15 kawałków lawy. Jeden dla siebie na pamiątkę, a pozostałych 14 do szkół na kielecczyźnie. Jak dzieciaki będą się uczyć o wulkanach, to przynajmniej będą mogły zobaczyć i dotknąć kawałek prawdziwego wulkanu. Wracamy. Znowu jesteśmy na Stella Point. Ale … gdzie jest nasz przewodnik i Młody Michał?? Coś ich nie widać. Za parę minut są! Przewodnik jest jeszcze bardziej przestraszony, a nasz młody kompan … lekko zamroczony. Jak najszybciej się da musimy go sprowadzić niżej! Jest niedotleniony. Teraz wiem, że po pierwsze za szybko wszedł, a po drugie za długo był na szczycie. W pozostałych grupach miały miejsce podobne przygody. Jak się później okazało wszyscy osiągnęli szczyt. Około godziny 9.00 dzwonię z relacją do Radia Kielce. W kilku słowach podzieliłem się swoją radością. I tyle co rozłączyłem rozmowę i … rozpłakałem się. Dotarło do mnie czegośmy dokonali. Poniżej nas dwóch przewodników w szybkim tempie sprowadzało kolegę. Żeby jak najszybciej zwiększyć ilość tlenu w powietrzu. W bazie nr 4 pojawiamy się około godziny 12-tej. Padnięci, ale szczęśliwi. Dwie godziny wytchnienia … i dalej w drogę. Ponoć przed nami jakieś 3 godziny zejścia. W rzeczywistości schodzimy blisko 5 godzin. Myślę, że dziś przeszliśmy w sumie około 30-35 kilometrów (nie wliczając w to ataku na szczyt). Języki ciągniemy za sobą po gruncie. Przynajmniej jest się na czym oprzeć! W ostatniej bazie noclegowej pojawiliśmy się około godziny dziewiętnastej. Obóz jest rozbity w dżungli. Mokro, wilgotno i jeszcze raz mokro. Tym razem jest to nam obojętne - to ostatnia noc pod namiotami w ramach wejścia na Kilimandżaro.   Zresztą Edek, żeby podkreślić swoją determinację, złamał po drodze kij trekkingowy. Po przespanej, mimo niewygód, nocy wstajemy i wyruszamy w stronę bramy parku. Przed nami jakieś 4 godziny marszu. Jednak zanim opuścimy ostatni obóz przewodnicy i tragarze śpiewają nam swoją pieśń, manifestując swoje zadowolenie z otrzymanych napiwków. Bramę przekraczamy około 14-tej. Wsiadamy do samochodów i jazda do hotelu.

P R Y S Z N I C.  P R A N I E. Tak bardzo upragnione czynności. Wieczorem przy kolacji odbieramy z rąk Hamadiego (szefa naszych przewodników) certyfikaty potwierdzające wejście na Kilimandżaro. Dalsza część wyprawy to Safari i wejście na czynny wulkan Ol Doinyo Lengai - czytaj dalej

WYPRAWĘ WSPIERAJĄ:

WOJEWODA ŚWIĘTOKRZYSKI
Bożentyna Pałka - Koruba
Stronę odwiedziło od listopada 2009: 4387 osób